
Kiedy dorośli mówią, że wierzą w uczniów, lecz ich działania świadczą o czymś innym

Byli przemyślani, pewni siebie, dowcipni, szczerzy i wnikliwi do szpiku kości. Opowiadali o tym, jak to jest być uczniem w systemie, w którym dorośli mówią właściwe rzeczy — „wierzymy w was”, „jesteśmy z was dumni”, „wasz głos ma znaczenie” — lecz ich zachowanie mówi coś zupełnie innego.
I właśnie to złamało mi serce. Bo oni wiedzieli. I powiedzieli mi o tym wprost.Wiedzieli, jaka jest różnica między zaproszeniem do sali a prawdziwym wysłuchaniem. Wiedzieli, jaka jest różnica między tym, gdy dorosły mówi: „Jesteś taka pewna siebie” albo „Świetnie ci poszło”, a tym, gdy dorosły rzeczywiście wchodzi w istotę tego, co mają do powiedzenia. Wiedzieli, że są chwaleni „tylko dlatego, że jesteśmy dziećmi, a nie dlatego, co mamy do przekazania”. To były ich słowa, nie moje.
Na tej konferencji uczniowie zostali wprowadzeni do przestrzeni, która miała być o ich głosie. Pojawili się na scenie. Dorośli bili brawo. Robiono zdjęcia. Chwalono ich za to, że są niesamowici, odważni, elokwentni i inspirujący.
Ale kiedy przyszedł czas na ich własną sesję — sesję, którą sami zaprojektowali dla dorosłych, w której zapraszali nas do swojego świata i prosili, byśmy doświadczyli szkoły z ich perspektywy — żaden dorosły nie przyszedł.

Pobiegłam po męża — który nie był uczestnikiem konferencji ani nie pracował w edukacji — bo nie mogłam uwierzyć, że sesja prowadzona przez uczniów, na konferencji o głosie uczniów, pozostała kompletnie bez zainteresowania ze strony dorosłych, którzy zebrali się tam, żeby o uczniach rozmawiać.
A sesja była niezwykła.
Nie była prezentacją w tradycyjnym sensie. Była doświadczeniem. Uczniowie postawili nas w swoich butach. Kazali nam próbować odgadnąć, co chcą przekazać. Dali nam poczuć frustrację niezrozumienia, zmęczenie nieustannym powtarzaniem, bezsilność próby wyrażenia czegoś ważnego, gdy uświadamiasz sobie, że ludzie z władzą może tak naprawdę nie słuchają, albo nie rozumieją. Czy w ogóle próbują?
Zanim wzięłam udział w tej sesji, rozumiałam intelektualnie, że dorośli często nie słuchają uczniów. Po tej sesji rozumiałam to w samej sobie — wiem, jakie to uczucie być obecnym i pozostać niesłyszanym. Potem uczniowie powiedzieli mi coś, o czym nie mogę przestać myśleć. Powiedzieli, że kiedy robią coś imponującego, dorośli są zszokowani. I wiedzą, co to oznacza. Jeden z uczniów, Jhair, powiedział: „Cieszę się, że jesteś pod wrażeniem, ale dlaczego aż tak bardzo cię to zaskakuje? Nie wiem, co o tym myśleć.”
Rozumieją, że gdy dorośli są zdumieni ich wnikliwością, pewnością siebie czy możliwościami, ujawnia to niskie oczekiwania, które tkwiły w nich od początku. Dorośli tak naprawdę nie wierzyli, że są do czegoś zdolni.
Rzecz w tym, że młodzi ludzie nieustannie nas czytają. Zauważają, kto się pojawia. Zauważają, kto chwali ich ogólnikowo, a kto angażuje się poważnie. Zauważają, kiedy ich głosy są mile widziane jako dekoracja — ale nie jako dane.
Głos ucznia — jeśli podchodzimy do niego poważnie — wymaga, by dorośli zmieniali się pod wpływem tego, co uczniowie mówią. Wymaga, byśmy przyznawali perspektywom uczniów taką samą wagę, jaką przyznajemy ekspertyzie dorosłych. Wymaga, byśmy pytali: Co usłyszeliśmy? Co to ujawnia? Co powinniśmy teraz robić inaczej?
A może przede wszystkim — wymaga, byśmy uczciwie spojrzeli na przepaść między tym, co mówimy, że wierzymy o uczniach, a tym, co nasze działania im komunikują.
I to nie dotyczy tylko konferencji. Dotyczy naszej codziennej pracy z uczniami, nauczycielami, szkołami i danymi.
Kiedy mówimy, nawet mimochodem: „To dziecko nigdy nie będzie matematykiem, to po prostu nie jego bajka” albo „Ten nauczyciel nie jest na takim poziomie” — to nie są tylko słowa. Promieniują one na wszystko, co robimy potem. Kształtują, ile czasu poświęcamy. Jak uważnie słuchamy. Ile oczekujemy.
Uczniowie i nauczyciele mogą nie słyszeć każdej rozmowy, jaką dorośli prowadzą o nich za zamkniętymi drzwiami, ale czują oczekiwania kryjące się pod naszymi działaniami — te rzeczy, których od nich nie oczekujemy, bo tak naprawdę nie wierzymy, że są do nich zdolni, albo że to ma jakiekolwiek znaczenie. Kiedy prosimy każdego ucznia o wypełnienie ankiety, ale nie reagujemy szybko i poważnie, gdy brakuje odpowiedzi — pokazujemy, że każdy głos naprawdę nie ma znaczenia.
Internet był tego dnia niedostępny? Dobrze. To się zdarza.
Ale jeśli mieliśmy miesiąc i mimo to odpuściliśmy — przekaz jest jasny: zdanie tego dziecka nie było wystarczająco ważne. Kiedy zbieramy odpowiedzi uczniów, ale nigdy nie omawiamy z nimi wyników — pokazujemy, że ankieta nie była tak naprawdę dla nich. Była dla nas.
Kiedy akceptujemy częściowe uczestnictwo, częściowe rozumienie, częściowe zaangażowanie i częściową wiarę — uczymy młodych ludzi i nauczycieli dokładnie, gdzie leży poprzeczka.
Wiedzą, kiedy „wierzymy w was” jest sloganem dorosłych, a kiedy jest prawdziwą zasadą działania. Bo pokazujemy znacznie więcej, niż mówimy. Jeśli mówimy, że każdy uczeń ma znaczenie — musimy zachowywać się tak, jakby każdy uczeń naprawdę miał znaczenie. Nie większość uczniów. Nie ci łatwi do dotarcia. Nie ci, którzy już wiedzą, jak upominać się o siebie. Każdy uczeń. Bo młodzi ludzie nie wierzą w to, co mówimy. Wierzą w to, co robimy.



