fbpx

Teach for Poland

Jakoś sobie poradzicie… Czyli opowieść o szkole po 24 lutego

Urlopowy wyjazd z paczką przyjaciół. Tak się złożyło, że w kraju, do którego przyjechaliśmy rosyjski jest co najmniej równie przydatny jak angielski. My jesteśmy jednak pokoleniem, które naukę języka naszego sąsiada w szkołach zna wyłącznie z opowieści. Jedyny ratunek to cyrylica, którą kilka lat temu (w przypływie ulotnej motywacji) udało mi się przyswoić. Zaczynam opowiadać o tym jak to ostatnio często zdarza mi się mówić po rosyjsku, chociaż w ogóle go nie znam. Do czwartej klasy, w której uczę historii dołączyła nowa uczennica, dziewczynka z Ukrainy. Pierwsze wrażenie sprawia, że wydaje mi się, iż ma zdecydowanie więcej niż 10 lat. Próbuję więc z nią porozmawiać. Niestety pytania: “ile masz lat?” lub “how old are you?” pozostają bez odpowiedzi. Nagle doznaje olśnienia i z dumą w głosie pytam сколько тебе лет? Historia zabawna, skwitowana śmiechem znajomych, otworzyła wręcz puszkę Pandory.

Ostatnio wszyscy znajomi są ciekawi, jak nam się pracuje z uchodźcami i uchodźczyniami z Ukrainy. Jestem zmęczona i przesycona tym tematem. Normalne, że nie mam ochoty rozmawiać o pracy. Jednak pytania osób zupełnie niezwiązanych z edukacją i nieznających jej realiów sprawiają, że mimo wszystko zaczynam się zastanawiać, jak mi się pracuje. Przede wszystkim uderzyło mnie to, że dla wszystkich oczywiste było, że ktoś nas przeszkolił, wytłumaczył, powiedział, jak radzić sobie w zupełnie nowej sytuacji wojny za naszą wschodnią granicą. No tak, przecież większość firm właśnie tak funkcjonuje. Dostajesz informację o nowym zadaniu, które masz wykonywać, jesteś do niego przygotowywany, może nawet uda Ci się wynegocjować podwyżkę. Większa ilość zadań powinna przecież łączyć się z wyższą pensją. Edukacja formalna niestety rządzi się zupełnie innymi prawami. Szkoły i nauczyciele najczęściej pozostają zdani wyłącznie na siebie. Polacy wykazali się ogromną solidarnością w momencie wybuchu wojny w Ukrainie. To samo w swojej działce zrobili nauczyciele. Powstawały formalne (lub nie) grupy, gdzie można wymienić się materiałami. Osobiście zauważyłam, że do wielu filmów edukacyjnych, z których do tej pory korzystałam, pojawiły się ukraińskie napisy, na Facebooku pojawiły się liczne szkolenia (najczęściej darmowe) poruszające aspekt nauki dzieci z doświadczeniem migracji. W większości ruchy te były zupełnie oddolne. Wszystko to jest naprawdę bardzo piękne. Tylko wolontariatem nie da się zapełnić ogromnej luki, która pojawiła się w systemie edukacji. A już na pewno nikt nie powinien być do niego zmuszony.

Teraz po kilku miesiącach jest już lepiej. Wszyscy przywykliśmy, udało nam się odnaleźć w nowej sytuacji. Jednak pierwsze tygodnie były naprawdę bardzo trudne. W szkole, w której pracuję, zdecydowano nie tworzyć oddziałów przygotowawczych. Dzieci pochodzące z Ukrainy są po prostu dołączane do już istniejących klas. Oczywiście w pierwszej kolejności zapełniano te mniej liczne klasy. Obecnie rotacja jest już niewielka. Na początku sytuacja była o wiele bardziej dynamiczna. Przychodziłam na lekcję i nigdy nie wiedziałam, kogo na niej zastanę. 

Jak wygląda praca w takich klasach? Bardzo różnie. Przydział uczniów ukraińskich jest bardzo różny i waha się od 1 do 7 uczniów. Tym, co najbardziej przeszkadza mi w prowadzeniu lekcji, stała się liczebność klas. Nagle małe, 18-osobowe klasy stały się 25-osobowymi, niektóre dobiły do 30. Na początku z każdym dzieckiem próbowałam chociaż przez chwilę porozmawiać, dowiedzieć się jak ma na imię, skąd pochodzi, jakie są jego doświadczenia. Większość z nich zupełnie nie mówiła po polsku, jednak bariera językowa okazywała się stosunkowo niewielką przeszkodą. Każde z nas mówiło w swoim własnym języku, czasami po angielsku, korzystaliśmy z internetowych tłumaczy lub wręcz nieocenionej pomocy uczniów, którzy już wcześniej z różnych powodów przyjechali do Polski. Kilka pierwszych lekcji spokojnie można było przeznaczyć na integrację, wzajemne poznanie czy wręcz zadbanie o poczucie bezpieczeństwa tych uczniów. Jednak kiedyś przecież trzeba wrócić do normalnych lekcji i realizacji tej osławionej podstawy programowej.

Jak próbuję to robić? Czasami przygotowuję notatki, karty pracy, fragmenty podręczników, sprawdziany (…) w wersji dwujęzycznej, czasami dzieci na bieżąco tłumaczą coś przy użyciu telefonów. Nie przywiązuję bardzo dużej wagi stricte do nauki przedmiotu. Bardziej chodzi o zapoznanie się z językiem czy ćwiczenie czytania i pisania alfabetu łacińskiego. Ukraińscy uczniowie w trakcie lekcji uczestniczą dokładnie w tych samych aktywnościach co dzieci polskie. Przy podziale na grupy staram się ich jak najbardziej wymieszać. Czasami na daną lekcję przydzielam im kolegę-opiekuna, który w razie potrzeby jeszcze raz wytłumaczy polecenie czy podpowie, co dokładnie należy zrobić. Dzieciaki naprawdę bardzo chętnie uczestniczą w zadaniach, które wiążą się z ruchem czy grach interaktywnych. Zawsze na początku lekcji używamy magnetycznej osi czasu, na której umieszczamy różne postacie. W jednej z moich klas jest to zadanie, które z dumną wykonuje Vlad. W innej klasie, w której nowych uczniów jest naprawdę dużo już nikt nie mówi Idź do tablicy tylko підійди до дошки. W ubiegłym tygodniu na jednej lekcji fantastycznie radził sobie Stanisław. Oglądaliśmy film po polsku (ale z ukraińskimi napisami), po angielsku wytłumaczyłam uczniom jakich informacji szukamy w filmie. Stanisław zapisywał je i czytał po rosyjsku, a ja próbowałam je chociaż trochę przetłumaczyć reszcie klasy. Bardzo otwierające doświadczenie, nie tylko dla uczniów, ale też dla mnie. W innej klasie Tim, który czasami ma jeszcze problemy z przestrzeganiem zasad panujących w szkole, za każdym razem, gdy widzi mnie na korytarzu podbiega, żeby się przytulić. I to tylko dlatego, że przy omawianiu Roty Mazurka Dąbrowskiego zgodziłam się puścić hymn Ukrainy. 

Nie zawsze jest jednak tak różowo. Przede wszystkim większa ilość pracy, którą mam do wykonania na co dzień sprawiła, że siłą rzeczy ucierpiały na tym lekcje, które przygotowuję. Poza tym większa liczba uczniów negatywnie odbija się na jakości materiału zapamiętanego z lekcji, pogorszyło się też zachowanie uczniów. Nie zauważyłam konfliktów na tle stricte narodowościowym. Jednak w dzieciach odzywa się naprawdę bardzo duże poczucie niesprawiedliwości. Ciężko jest im zrozumieć, dlaczego ktoś może używać telefonu na lekcji, nie musi wszystkiego notować, a sprawdziany rozwiązuje z podręcznikiem. Wcale się temu nie dziwię. Jeszcze z czasów studenckich pamiętam, że dokładnie tak samo oburzaliśmy się na inne traktowanie obcokrajowców. Dzieciaki wyczuwają, że nauczyciele mają dla nich mniej czasu. Nauczyciel wspomagający, który nagle zamiast 3 osobom musi pomagać 8, nie ważne jakby się starał, nie zrobi tego tak samo dobrze. Wychowawca natomiast często ma tyle spraw na głowie, że nie jest w stanie od razu interweniować w sprawie bójki na przerwie.

Ten rok udało nam się przetrwać. Wyjdziemy z niego bogatsi o nowe doświadczenia, na pewno bardziej empatyczni, ale też mocno poturbowani. Jedyna obawa, która gdzieś głęboko kołacze mi się po głowie, to czy ta ekstremalna sytuacja nie stanie się naszą nową codziennością. Skoro wszystko jakoś (to chyba kluczowe słowo jakoś) funkcjonuje, to po co coś zmieniać? My nauczyciele, my szkoły daliśmy radę. A skoro raz pokazaliśmy, że możemy to czemu nie dodać nam nowej listy obowiązków?

Paulina Gałat, EduLiderka w programie stypendialnym Teach for Poland

Skip to content